Czytaj →

wtorek, 10 stycznia 2017

Konia z rzędem temu kto zgadnie, fanfikiem jakiego dzieła jest to opowiadanie?

W ramach zadośćuczynienia za to, co napisałam we wstępie (który znajduje się na końcu, bo tych na początku nikt nie czyta), dzielę się z wami kawałkiem obiecanego opowiadania, z którego jestem najbardziej dumna:


Rozejrzała się na wszystkie możliwe strony, podnosząc się z klęczek. Oprócz wszechogarniającej czerni jedyne, co mogła zobaczyć, to dębowa podłoga, ciągnąca się we wszystkie strony i ginąca w mroku. Wymachiwanie lampą w kształcie pięcioramiennej gwiazdy również nie pomogło jej odkryć czegoś wartościowego. 

Otrzepała jeansy z kurzu, wyciągnęła z ciemnych włosów zaplątany w nich patyk, po czym przetarła podkrążone ze zmęczenia oczy. Spróbowała krzyknąć, by sprawdzić, czy ktoś jej towarzyszy, lecz z jej gardła zamiast słów wydobyła się melodia, przypominająca dźwięki harfy. Zaskoczona dziewczyna zatkała dłonią usta, po czym po chwili konsternacji znów spróbowała coś powiedzieć - z tym samym skutkiem.

“Okej, w ten sposób raczej nic nie zdziałam.” - pomyślała. Mocniej chwyciła metalowy, zdobiony uchwyt lampy, po czym ruszyła do przed siebie w poszukiwaniu wyjścia z niecodziennego otoczenia, uważnie rozglądając się na boki.

Przez bardzo długi czas nie mogła znaleźć niczego, co pomogłoby jej przynajmniej ustalić, gdzie jest. Dopiero gdy od mocnego ściskania lampy poczuła ból w palcach i zwolniła trochę uścisk, dostrzegła wirujące wokół niej drobinki, podobne do płatków śniegu. Migotały w podobny sposób, co kryształki lodu, lecz nie były zimne w dotyku ani nie roztapiały się podczas kontaktu z rozgrzanym przez świecę przedmiotem. Podczas dalszej wędrówki drobinki rosły, unosiły się w powietrzu coraz bardziej leniwie, aż w końcu przemieniły się w kartki papieru o przeróżnych wielkościach, które po prostu zawisły w przestrzeni. Ustępowały z drogi pod wpływem ruchu powietrza, jaki wywoływała swoim spacerem dziewczyna. Każda z nich była zapisana drobnym, lekkim pismem, gdzieniegdzie można było dostrzec kawałki starych, poniszczonych map lub szkiców. Wszystkie one jednak były zbyt daleko, by dziewczyna mogła konkretnie powiedzieć, co przedstawiają.

Zaciekawiona, spróbowała złapać pierwszy lepszy skrawek papieru, lecz ten rozpłynął się, nim zdążyła w ogóle dotknąć go opuszkami palców. Drugi poderwał się do góry i odpłynął niczym liść niesiony przez wiatr, a trzeci zaczął składać się w pół i robił to dopóty, dopóki nie stał się na tyle malutki, by zniknąć intruzowi z oczu.
- Niech to diabli - mruknęła pod nosem, co poskutkowało kolejnymi dźwiękami harfy. Brak możliwości wyrażenia swoich myśli jeszcze bardziej sfrustrował upartą brunetkę. Pomimo sennej i relaksującej atmosfery panującej dookoła dziewczyna z każdą chwilą była coraz bardziej poddenerwowana. Nieznane otoczenie tylko ją drażniło i niepokoiło.

Uniosła lampę w górę, próbując dostrzec tekst na jednej z kart, lecz tym razem jej uwagę przykuło coś innego. Gdzieś przed nią rozbłysło mocne, niebieskie światło. Oprócz niego pojawił się także powiew ciepłego, letniego wiatru, który rozproszył kartki i zmusił je do ponownego wirowania. Jedna z nich przykleiła się do twarzy nastolatki. Ta zerwała przeszkadzający jej materiał, by móc dostrzec kilka metrów od siebie niewielkie hebanowe drzewko. 

Siedział na nim ogromny, niebieskopióry ptak, wyglądem nieco przypominający orła. Dookoła niego powiewały na wietrze ozdobne zakończenia jego własnego ogona i to one były źródłem niespodziewanego światła. Na jego szyi kłębiły się delikatne piórka, które przypominały szaroniebieskie chmury. Ptak na chwilę rozłożył skrzydła, a wtedy pomiędzy lotkami przemknęło kilka wyładowań elektrycznych. 

Zaskoczona brunetka podeszła bliżej, by móc dokładnie przyjrzeć się niezwykłemu stworzeniu. Choć zwierzę było o wiele większe od niej, nie czuła strachu, gdy wyciągnęła ku niemu dłoń, by móc go pogłaskać. Ptak uważnie śledził jej ruchy i nie zareagował w żaden sposób na nieśmiały dotyk. Po chwili niepewnego głaskania piór lekko odtrącił dziobem dłoń dziewczyny, po czym kiwnął na nią głową i wzbił się do lotu. Ruch jego skrzydeł spowodował napływ kolejnych ciepłych podmuchów powietrza, pachnącego świeżo skoszoną trawą, mokrą ziemią i kwiatami maciejki. 

Kayla wciągnęła głęboko powietrze do płuc, rozkoszując się miłym zapachem. Ufnie ruszyła za ptakiem, który zostawiał za sobą ciemnoniebieską smugę, przypominającą poranną mgłę. Owa mgła co jakiś czas rozbłyskiwała w losowych miejscach, a chwilę później można było usłyszeć grzmot. Dopiero wtedy dziewczyna zorientowała się, że podąża za mitycznym Ptakiem Grzmotem, który według niektórych indiańskich legend był duchem burz, a jego przybycie zwiastowało potężne sztormy. 

Nastolatka zdawała się kompletnie nie zwracać uwagi na to, że wędruje za ogromnym, legendarnym stworem pośród burzowych chmur, a jej lampa gdzieś znikła. Dotychczas lewitujące kartki papieru postanowiły opaść na podłogę, która nie wiadomo kiedy przekształciła się z paneli w… trawę. Zaskoczona Kay przez dłuższą chwilę wpatrywała się w soczystą zieleń pod jej stopami. Oprzytomniała, gdy usłyszała grzmot nad swoją głową. Podniosła ją i ujrzała kołującego nad nią Ptaka. Jego skrzydła pociemniały, a błyskawice coraz częściej rozbłyskiwały między piórami. Unosił się na tle nieba, po którym powoli sunęły ciężkie, burzowe chmury. 

Dziewczyna znajdowała się teraz w nieznanej jej dolinie. Oprócz trawy i kilku drzew dostrzegła mały domek, stojący na niewielkim wzniesieniu. Grzmoty przybierały na sile, a na horyzoncie pojawiły się pierwsze błyskawice. Kayla puściła się biegiem w stronę budynku, chcąc schronić się przed burzą. Udało jej się dobiec do drzwi na chwilę przed spadnięciem pierwszych kropel deszczu. Z ulgą zamknęła za sobą drzwi, po czym rozejrzała się po wnętrzu.
- Jak tyś tu wlazł? - mruknęła na widok przechodzącego się po kominku Ptaka Grzmota. Wtedy również odkryła, że jej głos, choć nadal pobrzmiewał dźwiękami harfy, był już o wiele bardziej zrozumiały dla niej samej. 

Ptak pochylił głowę i zaczął drżeć na całym ciele, a jego pióra lekko się nastroszyły. Z jego gardła wydobył się cichy skrzek. Kay miała wrażenie, że się z niej po prostu śmieje. 
- Bardzo zabawne, boki zrywać. - Chciała podejść do zwierzęcia, lecz Ptak zeskoczył na podłogę i wesoło pomaszerował do pokoju obok. - Po dzisiejszym już chyba nic mnie nie zaskoczy - westchnęła, podążając za legendarnym stworzeniem. 

Myliła się - następne pomieszczenie zaparło jej dech w piersiach, choć było prawie puste. Na środku pomieszczenia stała oszklona gablota, w której znajdowała się podniszczona kartka, przypominająca bardziej papirus niż papier. Najciekawsze w pokoju były jednak ściany - zostały pomalowane w taki sposób, by imitować las nocą. Malowidło było dopracowane w najmniejszych detalach, a Kayli wręcz wydawało się, że naprawdę wylądowała w lesie. Rozglądając się uważnie dookoła, podeszła do gabloty. Obejrzała ją dokładnie z każdej strony, doszukując się wskazówki, która pomogłaby jej dostać się do środka. Niestety, wszystkie jej próby pozbycia się szkła kończyły się fiaskiem.

- Może byś tak pomógł, co? - zwróciła się uprzejmie do ptaka, który leniwie szybował nad jej głową i próbował złapać świetliki, migotające na ścianach. Stworzenie zwróciło się ku dziewczynie i zamachnęło się mocno skrzydłami. Silny podmuch wzbił w powietrze kurz, które przekształciły się podczas lotu w zeschłe liście. Kayla osłoniła rękami twarz, chroniąc się przed wiatrem. W tym samym momencie rozległ się również grzmot. Pomiędzy piórami ptaka błysnęła błyskawica, która przeskoczyła po całym ciele zwierzęcia, by móc uderzyć w gablotę. Ta rozprysnęła się na miliony drobinek, które błyskawicznie zniknęły, porwane przez wiatr. Większe z nich zdążyły poharatać nieosłoniętą skórę dłoni dziewczyny. Ta krzyknęła, spanikowana.

Kiedy w końcu wszystko się uspokoiło, a wiatr stracił na sile, przerażona brunetka opuściła w końcu ręce i przetarła dłońmi oczy, by pozbyć się łez. Ptak spokojnie zajął miejsce na stojącym przed nią piedestale i czyścił dziobem swoje pióra. Rzucił jej krótkie spojrzenie, po czym kiwnął głową w stronę podniszczonej karty. Kay niepewnie podeszła do tajemniczego przedmiotu, a krew spływająca z jej dłoni skapywała leniwie na kruszące się pod jej nagimi stopami liście. Wyciągnęła rękę, by dotknąć podniszczonego papieru. W tym samym momencie zatrzymała się, a cała jej krew przestała na chwilę płynąć, by po chwili zacząć formować się w coś w rodzaju wstęg. Spanikowana dziewczyna mogła tylko przyglądać się, jak czerwony płyn, który wypłynął z jej żył, pełznie powoli po jej ręce, by rozlać się po kartce. 

W tym momencie nastąpiło kilka rzeczy jednocześnie. Ptak wydał z siebie potworny odgłos, Kayla upadła na kolana, z trudem łapiąc oddech, a kartka wybuchła oślepiającym blaskiem, który ogarnął cały pokój. Zanim dziewczyna zemdlała od nadmiaru wrażeń, zdążyła usłyszeć jeszcze kobiecy głos, szepczący cicho w jej głowie: “Dary stworzone z promieni słonecznych nigdy nie zostaną zapomniane.”


Moja ukochana As-t-modeusz już dawno temu opuściła swojego bloga, czego nie mogę odżałować.
Megan ostatnio zakończyła swoje opowiadanie, a ja, głupia koza, od pół roku ponad nie miałam nawet czasu, żeby przeczytać i skomentować któryś z jej rozdziałów (za co serdecznie przepraszam i biję się w pierś).
Obiecałam też kolejne opowiadanie od nowego roku. Tja... Problem jest taki, że 
a) "Ale jak to tak? Jakie święta/ferie/wolne/weekendy/godzina czasu dla siebie raz na tydzień? Ja sobie tego nie wyobrażam! Wy przecież piszecie maturę!" i za karę dostaje się takie 12 zestawów maturalnych do zrobienia
b) znowu zmienił mi się koncept opowiadania. Serio, jak nie przestanę wymyślać nowych rzeczy, to możecie mnie trzasnąć patelnią.
c) jestem leniem
d) klawiatura mi strasznie krzaczy w komputerze - czasem tak bardzo szaleje, że nie idzie się nią w ogóle posługiwać i muszę od czasu do czasu przeskakiwać na tą ekranową.
Niestety, każdy z tych punktów wpłynął dosyć mocno na moją twórczość - tak mocno, że chyba bodajże we wrześniu coś ostatnio pisałam. Potrzebuję roku wolnego po tym, co teraz mam w tej wylęgarni patologi zwanej szkołą.
Co mogę wam obiecać? W sumie to wolę nie robić nikomu znowu nadziei, bo wszyscy doskonale wiemy, jak to się kończy - dwoma rozdziałami w lipcu, kiedy już jestem wypoczęta po roku szkolnym i tak się nudzę, że nie mam co robić i biorę się za pisanie. Wiem, to źle, bo cały mój warsztat i całe te lata spędzone na bazgraniu odejdą w zapomnienie, a ja od nowa będę musiała się wszystkiego uczyć. 
Dobra, teraz mi się trochę uleje: nie widzę też za bardzo sensu w tym wszystkim. Kiedyś pisałam dla zabawy, by przekazać wam historię, którą widzę w głowie, która mi się podoba; pisałam po to, by się rozerwać, by mieć zajęcie i być w czymś dobrą. Potem dopadło mnie szczegółowe planowanie fabuły, zaczęło mi za bardzo zależeć na tym, jak tekst wygląda i jak się go czyta, a zapomniałam kompletnie, że przecież chodzi w tym wszystkim o rozrywkę dla czytelników. Usłyszałam też kilka razy, że o ile ja widzę to, co piszę, tak czytelnik nie ma zielonego pojęcia, o kim/czym mówię i trudno mu się do czegokolwiek odnieść, przez co źle się czyta te moje bohomazy. Na dysku mam pełno rozpoczętych opowiadań - zostawionych do poprawienia, po czym porzuconych, gdy zobaczyłam po kilku miesiącach, jakie głupoty wypisywałam. 
Jestem zbyt zgorzkniała, by pisać i czerpać z tego radość. Potrzebuję odpocząć od ciągłych obowiązków, stresów, nerwów i jadu, w którym aktualnie przebywam. Potrzebuję znowu poczytać trochę dobrych, zabawnych książek (a nie biegającego z siekierą Rodiona i kochanego Józefa K. z innym cholernym Józiem, nienawidzę Gombrowicza i Kafki za te ich wymiociny umysłowe), obejrzeć kilka filmów, rozluźnić się. Znaleźć czas na robienie amv, pisanie, tworzenie bujo (bullet journal).
Tja. To chyba na tyle. A teraz miłego dnia, wracam do nauki historii :D!
Podpowiedzi do pytania głównego: Don, Nod, Lia, Rosalarian. Dacie radę, wystarczą wam Google.
Credits
© DESIGN BY ARIS CARMEN LIGHT. ALL RIGHTS RESERVED.