niedziela, 4 lutego 2018

Cień IV (cz. 1) — Ghostbusters!

Po kilku godzinach uporczywego kombinowania doszłam do wniosku, że zanim rozpocznę na dobre poszukiwanie mordercy, powinnam odszukać Cartera i powiadomić go o losach jego siostry. Po cichu liczyłam też na to, że w trakcie mojego małego śledztwa dowiem się czegoś odnośnie zabójcy. Dzięki kilku godzinom poświęconym przez Robina na hakowanie internetu weszłam w posiadanie pokaźnej sterty papierów dotyczących historii sierocińca od momentu mojego dołączenia do Tytanów aż po najnowsze zapisy. Z pomocą Bestii udało mi się również powiesić nad stołem tablicę korkową, do której przypięłam najważniejsze znane mi fakty.
— No dobra, pomyślmy jeszcze raz na spokojnie. — Zebrałam porozrzucane po podłodze kartki papieru w jedną kupkę, posegregowałam ją i ponownie rozłożyłam w odpowiedniej kolejności. — Wtedy opuściłam sierociniec, tutaj jest ostatni zapis o chorobie Sadie, informacja o jej ucieczce…
— A Carter? — Silent siedział po swojej stronie ekranu, przeszukując jednocześnie dostępne mu bazy danych lokalnych szpitali i posterunków policji. Z tej okazji zamiast stroju bojowego założył nawet normalne ubrania, co trochę mnie rozpraszało. Jak można aż tak dobrze wyglądać w zwykłej koszulce?
— Nic. Ani jednej wzmianki o nim. — Westchnęłam, klęcząc nad tonami dokumentów. Gdzie ten chłopak się podział? To przecież niemożliwe, żeby zostawił Sadie samą sobie i tak po prostu zniknął. Jak w ogóle doszło do jej ucieczki z sierocińca? Przecież jeśli był na miejscu, za nic w świecie nie pozwoliłby wyjechać siostrze do Jump City.
— Może zwiał razem z tą dziewczyną? — podsunął mój przyjaciel. — Swoją drogą, w żadnym szpitalu nie ma nic o kimś, kto nazywałby się tak jak on. Przejrzę jeszcze raz raporty policyjne, może tam coś się znajdzie.
— W takim razie morderca musiałby zabić ich oboje. Carter nie odstępował Sadie na krok przez całe dnie. — Pokręciłam głową. Gdzie ten cholerny chłopak się zgubił? Porwali go? Zamordowali? Sprzedali handlarzom żywym towarem?
Na chwilę zamarłam, wpatrując się tępo w nieokreślony punkt przede mną. A co, jeśli Carter został adoptowany? Sadie mogła uciec w poszukiwaniu go. Mógł nie mieć z nią żadnego kontaktu. Morderca mógł ją dopaść, bo w pobliżu nie było jej brata. Carter nie miał jak jej obronić, a ona nie dawała sobie rady nawet z odkręcaniem butelek. Była łatwym celem pod każdym względem.
Błyskawicznie poderwałam się na równe nogi i ruchem ręki zgarnęłam ze stołu plik dokumentów pokaźnych rozmiarów, którego do tej pory jeszcze nie przeglądałam. Dotyczyły one przede wszystkim adopcji sfinalizowanych w tym samym czasie, w którym opuściłam sierociniec.
— Masz coś? — zapytał zaciekawiony Silent, przerywając na chwilę poszukiwania. Pokręciłam głową.
— Na razie tylko pomysł. Kop dalej. — Niecierpliwie przerzucałam kolejne kartki, wypatrując wśród nich Cartera. Adopcja. Czemu wcześniej na to nie wpadłam? Przecież to najbardziej logiczne wytłumaczenie ze wszystkich!
W końcu moje oczy dostrzegły upragniony świstek, oznaczony imieniem i nazwiskiem poszukiwanego przeze mnie chłopaka.
— Mam! — wykrzyknęłam tryumfalnie, gwałtownie wyrzucając ręce w górę. Silent aż podskoczył na krześle.
— Co? Co masz?
— Carter został adoptowany! — rzuciłam zadowolona ze swojej ciężkiej pracy, odstawiając mały taniec zwycięstwa połączony ze skakaniem po pokoju. — I to zaraz po moim dołączeniu do Nightwatch. To wszystko ma sens! Adoptowali go, rozdzielili z Sadie, więc ta uciekła, żeby go odnaleźć! A w ten sposób morderca mógł ją dopaść, bo nikt jej nie pilnował!
— Kto go adoptował? Wiadomo, gdzie jest? — przerwał brutalnie moją radosną zabawę w detektywa. Wbiłam wzrok w kartkę. No tak. Przydałoby się trochę więcej informacji.
— Um… Rachel E. Kane? Nie ma żadnej informacji o jej partnerze. Może była samotną matką? — Obejrzałam kartkę dokładnie z każdej możliwej strony. — O, jest jakiś adres! Vermillion Lane 608, Porthaven… czekaj, czy to nie jest naprzeciwko basenu? Zaraz obok był plac zabaw czy coś takiego…
— Zobaczmy… — Chłopak zaczął szybko wystukiwać dane na klawiaturze. Przez chwilę uważnie przeglądał to, co zaproponowała mu przeglądarka. W międzyczasie uzupełnił stojącą przy klawiaturze szklankę wodą z butelki. — Po wklepaniu nazwiska tej babki wyszukiwarka wyrzuca adres jakiegoś teatru w Jump City.
— Jest aktorką? — Usiadłam przy stoliku, odkładając ostrożnie kartkę tuż obok klawiatury, bym czasem nie zapodziała jej gdzieś w tym bałaganie. Otworzyłam okienku czatu, gdzie Silent przesłał mi adres strony internetowej. Po kliknięciu w link moim oczom ukazała się nie najlepiej wykonana strona internetowa zawierająca listę aktorów teatralnych. — Skoro gra w Jump City, to zgaduję, że się tutaj przeprowadziła? — Zaczęłam wyszukiwać każdy istniejący na stronie odnośnik, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o tej kobiecie. Coś mi się tu nie zgadzało. Dlaczego nosiła to samo nazwisko co rodzeństwo? Przecież nie mieli żadnych krewnych i dlatego po śmierci rodziców trafili do sierocińca. A może to tylko przypadek...
— Na to wychodzi. Dla pewności sprawdzę jeszcze ten adres podczas patrolu. — Zerknął gdzieś poza ekran komputera.  — Czyli całkiem niedługo. Słuchaj, Shad, będę musiał się zaraz zbierać.
— Spoko, z resztą dam sobie sama radę. — Uśmiechnęłam się szeroko. — Dzięki za pomoc.
— Nie ma za co. Jakby co to wiesz, gdzie mnie szukać. — Uniósł trzymany w dłoni komunikator.
— Tak jest! — zasalutowałam, roześmiana, po czym rozłączyłam się. Zamknęłam laptopa, a kartkę z danymi o adopcji Cartera przyczepiłam pinezką do tablicy korkowej. Uklękłam na podłodze i już miałam zabierać się za sprzątanie panującego wokół mnie bałaganu, gdy ktoś zapukał do drzwi.
— Proszę. — Związałam włosy w kitkę, przerywając na chwilę zbieranie dokumentów. Drzwi otworzyły się. Gwiazdka i Raven weszły do pokoju.
— Dzień dobry, przyjaciółko Shadow! — zaczęła rozentuzjazmowana kosmitka. — Czy mogłabyś poświęcić nam chwilę swojego czasu?
— Pewnie. O co chodzi? — Odłożyłam papiery na bok, po czym wstałam, otrzepując spodnie. Zaskoczył mnie niecodzienny ubiór obu pań. Gwiazdka zamiast zwyczajowego stroju bojowego postanowiła założyć jeansowe spodnie i zwiewną, kremową koszulę z długimi rękawami. Dodatkowo przyozdobiła się masą przeróżnych bransoletek i naszyjników, a długie włosy spięła w wysoki kucyk. Raven natomiast zamieniła pelerynę na rzecz ciemnoniebieskiej bluzy z kapturem, czarnych spodni i ciężkich, wiązanych butów.
— Wiemy, że ostatnie kilka dni było dla ciebie ciężkie, dlatego chciałyśmy zapytać, czy nie miałabyś ochoty wybrać się z nami na mały wypad tylko dla dziewczyn. — Raven wbiła dłonie w kieszenie bluzy. Otworzyłam usta, lecz nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Gwiazdka wzbiła się w powietrze i zaczęła latać wokół mnie.
— Na pewno ci się spodoba! Będziemy odwiedzać opuszczone posiadłości w celu kontaktowania się z przebywającymi tam zmarłymi duszami. A potem pójdziemy na pizzę! — Nie dość, że mnie okrążała, to dodatkowo kręciła się wokół własnej osi, co bardzo utrudniało mi patrzenie na nią.
— Mam rozumieć, że będziemy polować na duchy? — Zerknęłam dla pewności na Raven. Ta wzruszyła ramionami, nasuwając kaptur na głowę.
— Można tak to ująć. Czasem po prostu pomagam tym, którzy utknęli między światami, a Gwiazdka jest moją asystentką. To lepsze, niż gdyby ta szalona Voodoo miała ich dopaść. To jak, piszesz się?
Już chciałam odmówić, wykręcając się prowadzeniem poszukiwań, ale zamknęłam usta. Dziewczyny miały rację. Odkąd przyjechałam, codziennie zrzucano na mnie coraz większą ilość szokujących nowości i trudnych do przełknięcia faktów. Nie byliśmy ani trochę bliżej złapania mordercy, a jako tako samego Cartera jeszcze nie znalazłam. Chwila przerwy od całego tego wariatkowa raczej nie mogła nikogo zabić, prawda?
— W sumie to bardzo chętnie się z wami wybiorę. — Uśmiechnęłam się, a Gwiazdka rzuciła się, by mnie wyściskać.
— Och, przyjaciółko! Będzie wspaniale, zobaczysz! — Rozradowana niczym dziecko podskoczyła kilka razy, odklejając się na chwilę ode mnie. Roześmiałam się, widząc jej entuzjazm.
— To kiedy ruszamy? — spytałam, zerkając na Raven.
— Możemy nawet zaraz, tylko pewnie będziesz chciała się przebrać. —Dziewczyna oparła się o ścianę, ponownie wbijając ręce w kieszenie bluzy. Dokładnie zlustrowała mnie wzrokiem.
— Dlaczego? Na co dzień biegam w tym po dachach i podróżuję między wymiarami. Opuszczony dom to aż tak niebezpieczna miejscówka? — Rozłożyłam ręce, przyglądając się swojemu bojowemu zestawowi modowemu. No dobra, może kompletny brak rękawów, jaskrawa zieleń i te moje nieszczęsne cieniutkie buty to nie był najlepszy pomysł, ale hej, zawsze mogło być gorzej!
 — Polecam tylko założyć wygodniejsze buty i zabrać ze sobą coś cieplejszego. Będziemy chodzić po ruinach, więc spodziewamy się błota, brudu, kamieni, zawalonych ścian i przede wszystkim chłodu. — Wyciągnęła dłoń, by ściągnąć na ziemię fruwającą po pokoju jak motyl na sterydach Gwiazdkę. Ta cały czas paplała coś o naszym wspólnym wypadzie.
—Skoro tak twierdzi naczelny łowca duchów, to nie mam się co kłócić, nie? — Uśmiechnęłam się szelmowsko, otwierając na oścież drzwi szafy. — Dajcie mi pięć minut i możemy lecieć.

***

Wysoka postać w długim, czarnym płaszczu stała na drewnianym podwyższeniu. Mamrotała pod nosem dziwne formułki, co chwila podnosząc trzymany w dłoniach puchar, wysadzany kamieniami szlachetnymi. Na ołtarzu przed nią stały cztery zapalone świece, ułożone w formie latawca. Łączyły je ścieżki ułożone z kryształów górskich. Przez niewielkie, obłożone kratami okno wpadała znikoma ilość światła. W pomieszczeniu panował zaduch, a mdły zapach kadzidełek mógł przyprawiać o zawroty głowy.
Skrzypiące drzwi otworzyły się na oścież. Do środka wpadła młoda dziewczyna, naciągając pospiesznie kaptur płaszcza na głowę. Z trudem chwytała oddech.
— Najwyższy… Wielebny Ojcze… — wydusiła, upychając pod materiałem blond włosy.
— Czego? — warknęła osoba na podwyższeniu, nie przerywając swoich modlitw. Dziewczyna przygryzła wargę. Rytuał przyzywania. Wyjątkowo źle trafiła.
— Stokrotnie przepraszam i błagam o wybaczenie. — Natychmiast padła na jedno kolano, pochylając nisko głowę i przyciskając do piersi wyprostowaną dłoń. — Ale... mam ważne informacje. Chodzi o Kapłankę.
Ojciec zamarł z rękami wzniesionymi do góry. Po chwili łagodnie odstawił kielich na ołtarz i wymamrotał coś. Złączył kciuki i palce wskazujące obu dłoni, tworząc w ten sposób trójkąt. Uniósł go nad świecami, pomruczał jeszcze przez chwilę, po czym przyłożył obie dłonie do czoła. Dopiero wtedy zgasił płomienie i odwrócił się w stronę posłanki.
— Mów. — Splótł ręce na piersi.
Dziewczyna zdążyła już doprowadzić się do porządku na tyle, by móc mówić bez większych problemów. Podniosła głowę, składając ręce jak do modlitwy. W jej oczach czaił się strach.
—Jej ciało znaleziono w kostnicy. Nie wiemy, jak do tego doszło. Oddział A i O już nad tym pracują. — Przymknęła oczy, czekając na reakcję Wielebnego. Cholera. Dlaczego ze wszystkich możliwych adeptów musieli wybrać właśnie ją  do przekazania tak strasznej wiadomości? Przecież jedyne, co ją teraz czekało, to rozwalenie drogocennego pucharu na głowie i przemowa pełna żalu. Już wolałaby wskoczyć pod pociąg, niż musieć wysłuchiwać tego, jak bardzo bracia zawiedli Najwyższego.
— Cholera. — Zacisnął dłonie w pięści. To nie tak miało wyglądać. Stracili trzecią Kapłankę w przeciągu ostatnich sześciu miesięcy. Czy ktoś specjalnie na nich wszystkich poluje? — Kto był odpowiedzialny za jej ochronę?
Dziewczyna milczała przez chwilę. Pięść Wielebnego uderzyła o ołtarz.
— Kto, do cholery, miał jej pilnować?! — wrzasnął, starając się z całej siły nie rzucić czymś w posłankę.
— Dwóch poprzednich strażników również zamordowano. Zostałam przydzielona do obrony Najświętszej Kapłanki dwa dni temu — wyszeptała, zaciskając powieki najmocniej jak potrafiła. Cios mógł na nią spaść w każdej chwili. — Ale… ona już wtedy nie żyła… — dodała.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Kiedy dziewczyna po dłuższym czasie nie odczuła żadnego bólu, odważyła się otworzyć oczy. Wielebny stał odwrócony tyłem i przesuwał kryształy czubkiem palca, jakby próbował wywróżyć z nich przyszłość. W końcu westchnął ciężko i schował twarz w dłoniach.
—Nasz pan każe nam wybaczać błędy. — Zerknął na dziewczynę kątem oka. Ta uśmiechnęła się szeroko, słysząc te słowa. — Wiem, że nie zawiniłaś w sprawie Kapłanki…
— Dziękuję, Najwyższy! — Rzuciła się mu pod nogi, by móc je wycałować, lecz ten powstrzymał ją ruchem dłoni.
— Jednakże…— ciągnął dalej. — Wtargnęłaś do kaplicy bez mojego pozwolenia, przerwałaś bardzo ważny rytuał i dodatkowo byłaś na tyle nieuprzejma, że nie zadałaś sobie trudu pozdrowienia mnie.
Uśmiech na twarzy dziewczyny zamarł. Zaczęła poruszać ustami, jakby chciała coś powiedzieć, lecz słowa nie mogły przejść jej przez gardło. Wyglądała jak ryba wyciągnięta z wody.
— Niestety, moja droga. Ten  rytuał był bardzo ważny. Musimy dostać kolejne wskazówki od naszego Pana, a On oczekuje naszej wdzięczności.  — Podszedł do rozdygotanej dziewczyny, przyklęknął i ściągnął kaptur z jej głowy. Chwycił zapłakaną twarz blondynki w swoje dłonie i spojrzał jej głęboko w oczy. Pomimo panującego w sali półmroku, posłanka dostrzegła jego lekko połyskujące, czerwone tęczówki.
Zamilkł na chwilę, napawając się strachem dziewczyny. W końcu gwałtownie szarpnął dłonią, puszczając ją. Ta głucho uderzyła o podłogę. Wielebny tymczasem podniósł się i otrzepał swoje strojne szaty, kryjące się pod ciężkim płaszczem.
— Będę teraz musiał długo prosić o wybaczenie naszego Pana. Lepiej zmykaj — rzucił nadzwyczaj łagodnie. Rozpłakana dziewczyna podniosła się błyskawicznie z podłogi.
— Dziękuję, dziękuję, dziękuję. — Złączyła palce obu dłoni w trójkąt, przystawiając je sobie do czoła. W tej pozycji zaczęła wycofywać się w stronę drzwi. Ojciec uśmiechnął się kącikiem ust.
— Przekaż dowódcy ochrony, że ma się tu natychmiast stawić. Muszę z nim poważnie porozmawiać. I włóż kaptur  — dorzucił jeszcze.
— Tak jest!  — Dziewczyna błyskawicznie narzuciła materiał na głowę, w dalszym ciągu kłaniając się, po czym błyskawicznie opuściła pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi.
Wielebny westchnął, rozmasowując skronie. Banda debili. Teraz będzie musiał znaleźć nową Kapłankę, wyuczyć jej tych wszystkich skomplikowanych formułek, a potem zorganizować kolejne sesje z tłumaczeniem wizji. Tyle roboty poszło na marne przez jakiegoś skończonego idiotę. Będzie musiał przetrzepać skórę każdej pojedynczej osobie, która zajmowała się tą dziewczyną. Co jest aż tak nadzwyczaj trudnego w pilnowaniu szesnastolatki?!
Zgarnął ruchem dłoni kryształy, walające się po ołtarzu, po czym wrzucił je do sakiewki, przypiętej do pasa. Chwycił  kielich, po czym opadł na stojące w kącie ręcznie rzeźbione krzesło. Upił łyk wina, zastanawiając się, kto i dlaczego uparł się, by pozbawiać Bractwa kolejnych Kapłanek. Nie byli super popularnym stowarzyszeniem. Wieści o Bractwie były rozpuszczane drogą pantoflową i to tylko wśród zaufanych osób. Istniały bardzo małe szanse, że ktoś wpływowy miał o nich jakiekolwiek pojęcie. Poza tym, nie zrobili do tej pory nic złego — ot, spotykali się kilka razy w tygodniu, by wspólnie się pomodlić, złożyć dary Panu, wysłuchać wizji Kapłanki i porozmawiać o kryształach czy innych ładnych kamykach. Byli pasjonatami, a nie zagrożeniem. Więc kto mógł na nich polować? Komu aż tak mogli przeszkadzać fani klejnotów?
Zmarszczył brwi i nieświadomie zacisnął dłoń, w której trzymał puchar. Była jedna taka osoba, która mogłaby chcieć mu zaszkodzić. Wiecznie zazdrosna, ciągle obrażona, nigdy nie potrafiła wykorzystać sytuacji na swoją korzyść. Pewnie dowiedziała się, że rozpoczął działalność na własną rękę i poczuła się zagrożona.
Uśmiechnął się krzywo pod nosem.  A to mała jędza. Nie potrafiła zrobić nic samodzielnie, ale z zazdrości i tak musiała za wszelką cenę zniszczyć dorobek bliźniego. Ktoś powinien jej pokazać, że z Bractwem nikt nie zadziera bez poniesienia poważnych konsekwencji.
Przeciągnął się, odstawiając puchar na podłogę obok prowizorycznego tronu. Zamiast szarpać sobie nerwy myśleniem o dawnej znajomej, powinien skupić się na ważniejszych sprawach, jak chociażby wybranie nowej Kapłanki. W końcu bez niej nie jest w stanie daleko zajechać. Ech, gdyby nie to, że Ruby tak mocno go wspierała na samym początku i chciał się jej jakoś za to odwdzięczyć, nie potrzebowałby żadnej narkomanki. Choć jakby się nad tym głębiej zastanowić, Kapłanka była świetnym widowiskiem. Potrafiła zamknąć usta wielu niedowiarkom, a jej tajemniczość i ciągłe trzymanie się z boku tylko dodawały całej tej imprezie smaku. Świetnym posunięciem było też zabronienie każdej kolejnej kobiecie, obejmującej to stanowisko, rozmawiania z kimkolwiek poza sesjami wywoływania wizji.
Wbił wzrok w sufit, wzdychając. Poprzednia dziewczyna była świetna. Jej dziwne zdolności w połączeniu z używkami dawały zaskakujące efekty. Te majaczenia, obce języki i niezrozumiałe obrazy, które opisywała… była niewyczerpanym źródłem inspiracji. Bracia bez zastanowienia łykali jej mistyczne paplanie, a on mógł bez problemu przypisywać jej chorym wizjom po trzysta znaczeń naraz. Nawet to, że była najmłodsza w całym zgromadzeniu nikomu nie przeszkadzało.
Sięgnął znów po kielich, lecz w tym momencie rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Wielebny pospiesznie sprawdził, czy ma na głowie kaptur, po czym wstał.
— Wejść — rzucił beznamiętnie. Uśmiechnął się, kiedy do kaplicy wszedł wysoki, barczysty mężczyzna.  Przyklęknął na jedno kolano, przystawiając dłoń do wytatuowanej piersi. Miał jakiś dziwny fetysz, związany z nienoszeniem koszulek. Płaszcza również nie chciał nosić.
— Chciałeś mnie widzieć, Ojcze? — spytał, nie podnosząc wzroku.
— Owszem. Jak już pewnie wiesz, straciliśmy kolejną Kapłankę. — Ojciec splótł dłonie na piersi, przechadzając się w tę i z powrotem po pomieszczeniu. Jego towarzysz pochylił głowę jeszcze niżej.
— Niech Pan przyjmie ją do siebie, byśmy mogli spotkać ją przy Jego boku w Dniu Oczyszczenia — wyszeptał z nabożnym skupieniem. 
— Pokój jej duszy — odparł zniecierpliwiony Wielebny. — Wiem, kto stoi za jej śmiercią. Będziesz musiał w imieniu Bractwa wysłać im wiadomość, by przemyśleli swoje zachowanie i nie ingerowali w boski plan.



Witam wszystkich bardzo serdecznie :D. Głosem większości czytelników zwyciężyła opcja z podzieleniem rozdziału na dwie części. Obiecane ujawnienie wielkiego true loffa Raven nastąpi przez to trochę później. Mam nadzieję, że pierwsza część przypadła Wam do gustu. Przypominam o ankiecie dot. tego jakże wiekopomnego dzieła: klik!
Kolejne badanie terenowe wykazało Wasze zainteresowanie w kwestii przeróżnych zagadek, smaczków i ciekawostek dotyczących świata przedstawionego i postaci. Cóż, tym razem nie wyszło. Ale postaram się wykombinować coś następnym razem, obiecuję!
A tak w ogóle to chyba zepsułam główny plot twist tej serii. Ups. Ale bez paniki, jak znam życie, to Van uratuje sytuację :D.
Credits
© DESIGN BY ARIS CARMEN LIGHT. ALL RIGHTS RESERVED.