niedziela, 19 listopada 2017

Cień II — Ofiara

Noc w wieży Tytanów zdecydowanie była jedną z cięższych, jaką dane mi było przetrwać od dłuższego czasu. Pierwsze kilka godzin minęło mi na przewracaniu się z boku na bok w łóżku lub bezcelowym łażeniu od jednej ściany do drugiej. W końcu stwierdziłam, że równie dobrze mogę usiąść przy oknie i pogapić się w gwiazdy, czekając na nadejście poranka. Przysunęłam pufę z kąta pokoju i ustawiłam ją tuż przed szybą, po czym radośnie padłam na nią plackiem.
Ach, gwiazdy. Te wyczepiste, wielgachne okna to coś, czego od zawsze zazdrościłam lokatorom tego budynku. Jak dobrze, że miałam pokój z widokiem na morze. Zdecydowanie zdążyłam się już napatrzeć na budynki, kiedy byłam w Porthaven.
Zdmuchnęłam niesforne kosmyki wpadające mi do oczu. No właśnie, Porthaven. Dlaczego Robin nie powiedział od razu, o co chodzi, tylko specjalnie ściągał mnie do Jump City? Może i miał rację, że będzie w stanie bez problemu uzyskać całą dokumentację dzięki swoim super hakerskim zdolnościom, ale czy moja obecność jest wymagana? Na miejscu mogłabym zbadać sierociniec od piwnicy aż po sam strych, pogadać z ludźmi, powęszyć. A to wszystko bez ryzyka, że jakiś psychopata zwróci na mnie uwagę. Zwłaszcza że sama też żyłam przez kawał czasu w sierocińcu.
Podkuliłam nogi i objęłam je rękami, opierając podbródek o kolana. Silent zapewne zażartowałby, że znowu zwijałam się w kulkę. Gdyby tylko tutaj był… Na pewno doradziłby mi, co trzeba zrobić.
Dlaczego morderca tak skrupulatnie zabija wszystkich związanych z moim dawnym domem? Co ci ludzie mu zrobili? Nie potrafiłam tego pojąć. Kto mógłby ich aż tak nienawidzić, by posunąć się do morderstwa? Jeszcze to wiązanie i układanie zwłok…
Wzdrygnęłam się. Ktokolwiek za tym stoi, na pewno nie jest normalny i trzeba go złapać. Tylko… czy nie mogę tego zrobić z bezpiecznej odległości?
Ziewnęłam szeroko, kołysząc się lekko z boku na bok. Mój organizm domagał się snu, ale mój mózg miał inne plany. No cóż, czekał mnie dzień z kubkiem kawy w dłoni. Miałam cichą nadzieję, że gdy wrócę do bazy Nightwatch, będę mogła zrobić sobie dzień wolny i odespać wszystkie te nerwy.
Zdecydowanie nie miałam ochoty zostawać. Sama nawet nie do końca wiedziałam, dlaczego słowa Robina wywołały u mnie taką panikę. Czułam, że jedynym słusznym rozwiązaniem jest ucieczka do Porthaven, schowanie się pod własnym łóżkiem i poczekanie, aż sprawa sama się rozwiąże.
„Bardzo rozsądne i odpowiedzialne zachowanie” — skarciłam samą siebie w myślach. „Jestem po prostu bohaterką roku. Dawałam sobie radę z większymi czubami, dam radę i z tym. Pomijając fakt, że powinno mi podwójnie zależeć na rozwiązaniu tej sprawy ze względu na sierociniec. Czy morderca ma jakiś inny powód do zabijania niż pochodzenie? Czy jestem bezpieczna w Jump City, czy raczej jestem kolejną, której według niego należy się pozbyć?”.
Westchnęłam ciężko, podnosząc się z pufy. By rozproszyć nieprzyjemne myśli, zapaliłam światło w pokoju i usiadłam przy szklanym stole, który stał pod ścianą. Jedyną rzeczą znajdującą się na nim był fiołek górski, starannie zasadzony w fioletowej doniczce w białe paski.
Ciekawe, który z Tytanów miał rękę do kwiatów? Roślina była wypielęgnowana i podlana. Łodygi uginały się pod ciężarem dużych, fioletowych kwiatów. Dotknęłam jednego z nich, w sumie nie wiedząc, po co. Obserwując rozkołysaną roślinkę, ziewnęłam przeciągle i oparłam głowę o ścianę. Przymknęłam na chwilę oczy, starając się myśleć o czymś przyjemnym.
Z zamyślenia wyrwały mnie przeciągły dźwięk alarmu i migające czerwone światło. Poderwałam się na równe nogi, przez chwilę nie wiedząc, gdzie jestem i co powinnam robić. Dopiero nawoływania na korytarzu pozwoliły mi się otrząsnąć. Chwyciłam pelerynę, zarzuciłam ją na siebie i ruszyłam pędem w stronę drzwi. Przekraczając próg pokoju, wpadłam na Bestię.
— Pomyśleliśmy, że się zgubiłaś, dlatego przyszedłem cię odprowadzić. — Uśmiechnął się szelmowsko.
— Dziękuję. — Ruszyliśmy w stronę salonu. Ziewnęłam przeciągle. — Wiesz może, którą mamy godzinę?
— Północ? Coś w tym stylu. — Bestia przyśpieszył kroku. — Chodź, Robin nie lubi, kiedy ktoś się ociąga.
Rzeczywiście, kiedy przybyliśmy na miejsce, Tytani już na nas czekali. Stali przy komputerze, żywo o czymś dyskutując. Lider miał już rzucić jakąś kąśliwą uwagę na temat naszego spóźnialstwa, ale zerknął na mnie i zamknął usta.
— O co chodzi? — spytałam, podchodząc bliżej grupki.
— Dostaliśmy informację, że prawdopodobnie widziano zabójcę w pobliżu cmentarza na peryferiach miasta. Policja już jest na miejscu i bada sprawę — wyjaśnił lider, wystukując coś na komunikatorze. Po chwili podał go Raven. — Mogłabyś nas tam teleportować?
— Nie ma problemu. — Dziewczyna oddała mu przedmiot, po czym zawisła w powietrzu w pozie kwiatu lotosu. Złączyła palce wskazujące obu dłoni. — Azarath, Metrion, Zhintos! — wyszeptała, a jej oczy rozbłysły na biało. Otworzyła się przed nią dziura, otoczona fioletową smugą mocy. Po drugiej stronie można było dostrzec nieliczne drzewa oraz samochody policyjne.
Po kolei przeszliśmy przez portal. Gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie, Raven wyciągnęła rękę i machnęła w powietrzu dłonią. Po naszej bramie nie został nawet ślad.
Znajdowaliśmy się na starym, podniszczonym cmentarzu. Widać było na pierwszy rzut oka, że nikt nie dbał o to miejsce. Trawa opanowała większość terenu. Niektóre nagrobki były potłuczone lub obrośnięte mchem. Nad nami dumnie szumiało kilka starych drzew. Jedyne źródło światła stanowiły koguty na radiowozach oraz latarki policjantów.
Przeszły mnie ciarki. Nie ma to jak wybrać się na spacer po cmentarzu o północy, by pooglądać sobie martwe ciało.
Całą grupką ruszyliśmy w stronę policjanta, który wyglądał mi na szefa zebranego na miejscu oddziału.
— Dobry wieczór. — Robin uścisnął dłoń mężczyzny w średnim wieku.
— Nie wiem, czy taki dobry. To już dziesiąta ofiara. — Policjant wbił we mnie pytające spojrzenie. Odrobinę się zmieszałam. Co oni wszyscy mają z tym gapieniem się?
— Shadow. — Wyciągnęłam przed siebie rękę, tak na wszelki wypadek. — Należę do Nightwatch.
— Hm, czyli to o tobie Robin nam tyle opowiadał. — Policjant kiwnął głową. Uścisnął mocno moją dłoń. — Detektyw Thomas Grace. Miło poznać.
— Jak doszło do zdarzenia? — Ruszyliśmy w stronę głębokiego, na wpół rozkopanego dołu, przy którym uwijało się dwóch techników kryminalnych. Podczas gdy jeden z nich fotografował miejsce zbrodni, drugi badał zwłoki. Przy prowizorycznym grobie leżała połamana łopata.
— Właśnie przesłuchujemy świadka, który zawiadomił nas o zdarzeniu. — Rzeczywiście, pod jednym z drzew roztrzęsiona kobieta opowiadała coś notującemu jej słowa policjantowi, żywo gestykulując.
Rozproszyliśmy się. Robin uklęknął przy dole, po czym wyjął swoje gadżety i za ich pomocą zaczął uważnie obserwować otoczenie. Gwiazdka i Bestia pozostali przy policjancie, próbując uzyskać nowe informacje dotyczące sprawy. Tymczasem razem z Raven udałyśmy się w kierunku przesłuchiwanej kobiety.
— To było straszne! Od razu zadzwoniłam po policję, no bo jak to tak, żeby o takiej godzinie po cmentarzu łazić, spokój zmarłym zakłócać i jeszcze niewinnych ludzi straszyć! — Dłonie kobiety drżały, a ona sama wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać.
— Dobrze, rozumiem. — Policjant dalej skrobał coś w swoim notesie. — Czyli twierdzi pani, że wracając od przyjaciółki, przechodziła pani tędy i usłyszała przestępcę?
Kobieta energicznie pokiwała głową.
— Tak, tak, bo moja przyjaciółka to mieszka po drugiej stronie miasta, wie pan, to i cały dzień taka wyprawa zajmuje, żeby się spotkać. A ten mężczyzna, to on mamrotał coś tam sobie pod nosem, a czasem głośniej rzucił jakimś przekleństwem. Taki dosyć wysoki był, powiem panu. On tam cały czas sobie coś robił w głębi cmentarza. Przestraszył mnie, no bo wie pan, kto o północy chodzi na cmentarz? Zadzwoniłam po policję, bo mi się od razu ten typ podejrzany wydał! — Kobieta wyjęła z kieszeni chusteczkę i otarła pot z twarzy. — Jak tylko mnie usłyszał, to rzucił coś, co trzymał w rękach – bo wie pan, on tam cały czas coś majstrował, i uciekł. Krzyknęłam za nim, żeby się zatrzymał, no ale go nie goniłam, no bo w tych butach to bym prędzej sobie krzywdę zrobiła. Poza tym trochę szkoda by było je błotem cmentarnym ubrudzić. — Z gracją wysunęła przed siebie prawą nogę, ukazując masywne koturny o wściekle czerwonym kolorze.
— Widziała pani może coś jeszcze? Twarz, ubranie, jakieś cechy szczególne?
— Hm… Nie, nie bardzo. Wysoki był, to na pewno. — Kobieta zmarszczyła brwi, pocierając palcem wskazującym podbródek. — I miał kręcone włosy. I… chyba płakał. A przynajmniej tak to brzmiało.
Wymieniłam z Raven zaskoczone spojrzenia.
— Płakał? — zapytał dla pewności nie mniej zdumiony policjant.
Kobieta w zamyśleniu pokiwała głową.
— Tak, słyszałam płacz w przerwach od masy przekleństw. Może płakał nad swoim losem? W końcu każdy głupi wie, że nikt, kto zakłóca spokój zmarłych, nie kończy dobrze. — Znów kiwnęła głową, jakby próbowała przekonać samą siebie, że jej pomysł ma rację bytu.
Policjant jeszcze przez chwilę przepytywał miłą panią, ale niestety nie udzieliła już żadnych ważnych informacji. Kiedy zaczęła się rozwodzić nad karami boskimi, które powinny spaść na włóczącego się po cmentarzu delikwenta, Raven chwyciła mnie za pelerynę i odciągnęła na bok.
— Jedna kwestia nie daje mi spokoju — wyznała. Skierowałyśmy się w stronę prowizorycznego grobu.
— Ten płacz, mam rację? — spytałam. — To, co mówiła ta babka, kompletnie nie pasuje do naszego zabójcy. Dlaczego nie oczyścił twarzy? Co z układaniem zwłok? Nikogo wcześniej też nie grzebał.
— Coś musiało się wydarzyć, że postanowił pochować akurat tę ofiarę. O ile to rzeczywiście on.
Zatrzymałyśmy się przy Robinie, który właśnie skończył oględziny terenu. Wyskoczył z dosyć głębokiego dołu, po czym otrzepał swoje zielone spodnie.
— Zostawił na miejscu i łopatę, i strzykawkę. Poza tym żadnych innych śladów. — Przeczesał włosy palcami, przez co kawałki ziemi przykleiły się do jego pokrytej lakierem fryzury. Wyglądał na zmęczonego i sfrustrowanego. Żaden puzzel w tej dziwnej układance nijak nie pasował do pozostałych.
— To na pewno nasz morderca? — Raven za pomocą mocy delikatnie pozbyła się brudu z włosów kolegi. Jej pedantyzm nie mógł ścierpieć takiego widoku.
— Na razie jedyne, co się zgadza, to sposób, w jaki zabito ofiarę. Czekamy jeszcze na wyniki, które potwierdzą, czy był to ten sam narkotyk, co w poprzednich przypadkach.
Po chwili dołączyli do nas Bestia i Gwiazdka.
— Policja też nie wie, o co biega. Wychodzi na to, że ofiara została zamordowana kilka godzin wcześniej, a dopiero potem przeniesiona tutaj, gdzie ten psychol chciał ją pogrzebać. — Bestia zakołysał się na piętach. — To nie ma sensu.
— Pan detektyw pytał również o ciebie, Shadow — dodała Gwiazdka niepewnie, przyglądając się mojej reakcji. — Uspokoił się, kiedy powiedziałam, że przyjechałaś nam pomóc.
Wzruszyłam ramionami, starając się udawać, że niewiele mnie to obchodzi. Podejrzewałam, że Robin zdążył już rozpowiedzieć całemu Jump City, że jestem w mieście. Co ten chłopak planował? Czy on mnie tu ściągnął po to, bym robiła za przynętę na mordercę?
„Uch, już od razu muszę wszystkich o wszystko podejrzewać” — skarciłam samą siebie w myślach. „Pojawiłaś się nie wiadomo skąd na miejscu zbrodni i jak gdyby nigdy nic zaczęłaś węszyć, to oczywiste, że policjant się zainteresował, głupolu. Robin byłby idiotą, gdyby nie wspomniał mu, że włącza nową osobę do sprawy.”
— No, to jedyne, co nam pozostało, to obejrzeć zwłoki. — Lider odszedł na chwilę, by porozmawiać z jednym z techników. Kiedy upewnił się, że ci zakończyli już swoją pracę, kiwnął na nas ręką, byśmy podeszli. Ciało zakryto uprzednio białym materiałem.
— Od razu mówię, że to może być mało przyjemny widok. Zwłaszcza jeśli znasz ofiarę — zwrócił się w moją stronę. Przykucnęłam przy zwłokach.
— Zdaję sobie z tego sprawę. — Ile osób pochodzących z sierocińca akurat mogło przebywać w Jump City, by morderca mógł się ich pozbyć? Ta sprawa różniła się dosyć mocno od poprzednich i w sumie nawet nie mieliśmy pewności, czy zrobiła to ta sama osoba.
Mój mózg chyba próbował przekonać sam siebie, że wszyscy wokół się mylą i to nie mógł być nasz zabójca.
Robin wolną ręką ściągnął z ofiary materiał, a ja krzyknęłam. Odskoczyłam do tyłu, zakrywając usta dłonią. O mało nie wpadłam do dołu.
— Ale jak? — pisnęłam zszokowana. — Co ona tu robi? To niemożliwe! Jak...?
— Shadow? — Gwiazdka natychmiast ruszyła mi na pomoc, pilnując, bym nie wylądowała w rozkopanym grobie.
— To Sadie — wydusiłam. Mój głos drżał. Znów zbliżyłam się do ciała, po czym niepewnie przesunęłam dłonią po zabrudzonej błotem skórze. Była lodowato zimna.— Sadie Kane.
Jasna skóra i bladoniebieskie, szeroko otwarte oczy. Czarne pasma kręconych włosów, okalające delikatną twarz. Lekko zadarty, piegowaty nos.
Nie było mowy o pomyłce. To była Sadie — dziewczyna, którą opiekowałam się w sierocińcu. Zawsze uśmiechnięta, radosna, wszędzie było jej pełno. Jako pierwsza pakowała się w kłopoty, z których razem z jej bratem notorycznie musieliśmy ją wyciągać.
Ostatni raz widziałam ją w dniu, w którym dołączyłam do Nightwatch. Przyszła, by się pożegnać. Przytuliła mnie i poprosiła, bym nigdy o nich nie zapomniała, bo na pewno niedługo się spotkamy.
A teraz leżała przede mną. Zimna. Sztywna. Martwa.
Wybuchłam niepohamowanym płaczem.
— Kto to Sadie? — Robin przyklęknął obok mnie. Potrząsnął mnie za ramię. Nie byłam w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Wpatrywałam się tylko w te wielkie oczy, wyrzucając sobie, że nie zrobiłam nic, by zapobiec tragedii, ba! Od trzech lat nie odezwałam się do niej nawet słowem!
Dalsza część tej strasznej nocy była dla mnie osnuta mgłą, ilekroć tylko próbowałam sobie coś przypomnieć. Coś się wokół mnie działo — ktoś chodził, ktoś coś mówił, ktoś jeszcze inny mną potrząsał, a ja nie byłam w stanie zareagować.
Czułam się, jakbym na chwilę opuściła własne ciało. Nie mogłam przestać wpatrywać się w wyblakłe oczy Sadie. Jak mogło do tego dojść? Kto mógł ją zabić?
W końcu jeden z Tytanów wziął mnie na ręce i wzbił się w powietrze. Po delikatnym, uspokajającym tonie głosu rozpoznałam Gwiazdkę. Pomogła mi dotrzeć do łóżka, otuliła kocem, wręczyła leki na uspokojenie wraz ze szklanką wody, a potem czuwała przy łóżku, ciągle mówiąc uspokajające formułki oraz donosząc herbatki uspokajające. Dzięki jej staraniom udało mi się uspokoić na tyle, by zapaść w krótki, nerwowy sen.

***

Uciekał tak szybko, jak tylko się dało, wyklinając przy okazji cały świat. Gdyby nie ten durny babsztyl, zakopałby ciało i nie byłoby problemu.
Wróć. Gdyby nie idiotyczne sentymenty, nic by się nie stało. Przez swoją własną głupotę wpakował się w to gówno. Teraz już na bank go dopadną.
Skręcił w boczną uliczkę i o mało co nie potknął się o kota, którego wypłoszył ze sterty śmieci. Zapchlony sierściuch. Jeszcze tylko tego by brakowało, by policja złapała go przez taki idiotyzm.
Przyspieszył, kiedy usłyszał w oddali syreny. Panikował i ani trochę mu się to nie podobało. Elizabeth chyba by go powiesiła za taki brak profesjonalizmu. A na pewno kazałaby mu przez tydzień szorować podłogę w łazience własnym językiem.
Potrząsnął głową. Myślenie o matce w takim momencie na pewno nie pomagało mu się skupić. Teraz musiał przede wszystkim zwiać przed glinami. Znaleźć jakieś ciche miejsce, zniknąć na kilka miesięcy, dopóki sprawa trochę nie ucichnie.
Rozpędzony, w ostatnim momencie zauważył przed sobą metalowe ogrodzenie. Zatrzymał się gwałtownie, dzięki czemu uniknął zderzenia. Chwycił za siatkę, by się po niej wspiąć, kiedy poczuł dłoń na swoim ramieniu.
Błyskawicznie odwrócił się, jednocześnie wyprowadzając cios. Napastnik odskoczył do tyłu, skontrował ruch chłopaka za pomocą długiej laski i wolną dłonią uderzył go w nos. Mort poczuł ostry ból.
Uniósł rękę i przetarł usta. Zobaczył krew na swojej dłoni. Siła uderzenia ogłuszyła go na tyle, że przeciwnik mógł zaatakować ponownie, tym razem obierając za cel kolano. Chłopak jęknął, po czym upadł na bruk.
— Nie tak ostro, rybko — usłyszał kpiący głos. — Po co się tak rwiesz do walki, skoro nawet bić się nie umiesz?
Stała przed nim średniego wzrostu kobieta o intensywnie fioletowych oczach. Grzywka w podobnym kolorze prawie w całości zasłaniała jej lewe oko. Była nienaturalnie szczupła. Jej skąpe ubrania wyglądały, jakby miały zaraz z niej spaść.
Delikatnie stuknęła nieuszkodzone kolano przeciwnika za pomocą laski. Mort dopiero teraz zauważył, że jej bogato zdobiona broń zakończona była czaszką jakiegoś niewielkiego zwierzęcia. Przypominała bardziej przedmiot kultu skradziony egzotycznemu plemieniu, niż coś, czym można okładać swoich wrogów.
— Kim jesteś? — syknął, ocierając zalewającą mu usta krew.
— Powiedzmy, że jestem twoją koleżanką po fachu. — Uśmiechnęła się szeroko, ukazując nieskazitelnie białe zęby. Ostre rysy nie dodawały jej uroku. — Ale możesz mi mówić Vanity.
Wyciągnęła dłoń, kiedy chłopak próbował wstać. Nie przyjął jej.
— Czego chcesz?
— Pogadać. — Oparła się na swojej lasce, wbijając w niego świdrujące spojrzenie. Chłopak poczuł się tak, jakby jego mózg płonął. To nie było nic przyjemnego. — Pracujemy w bardzo zbliżonych do siebie branżach, Mortimerze. Podoba mi się sposób, w jaki pozbywasz się swoich ofiar. Jest w tym coś… eleganckiego. — Znów uraczyła go przerażającym uśmiechem.
— Skąd znasz moje imię? — Oparcie się o ścianę nie przyniosło żadnego efektu i chłopak ponownie upadł na bruk. Przez uszkodzone kolano nie był w stanie utrzymać się na nogach. Jeszcze tylko tego mu teraz brakowało, by w trakcie ucieczki przed policją nie móc nawet chodzić.
— Powiedzmy, że mam pewne… sposoby ułatwiające zdobywanie wrażliwych informacji. — Przekrzywiła lekko głowę. Ze znudzeniem przyglądała się jego nędznym próbom powstania. — Poza tym znam się trochę na leczeniu. Mogę ci naprawić nóżkę.
Spojrzał na nią i splunął pogardliwie, starając się nie syczeć z bólu. Nikt nie będzie mu pomagał. Sam sobie świetnie daje radę.
Odgłosy policyjnych syren przybrały na sile. Cholera jasna.
— Dobra, nie to nie. — Vanity wzruszyła ramionami, po czym ziewnęła.
— Powiesz mi w końcu, czego chcesz? — wycharczał, próbując za pomocą dotyku określić, czy kobieta złamała mu nos.
— Współpracować. Ty zabijasz, ja cię szkolę w walce i zapewniam protekcję. Pełna swoboda, robisz co chcesz i jak chcesz, czasem tylko musisz kogoś dla mnie sprzątnąć. Co myślisz?
Mort oparł ciężar ciała na nieuszkodzonej nodze. Tym razem udało mu się wstać, choć wymagało to od niego sporego wysiłku. Teraz tylko pozostało dokuśtykać w jakieś bezpieczne miejsce.
— Nie, dzięki. Pracuję sam. I nie zabijam na zlecenie. — Ponownie splunął krwią. Nos na pewno miał złamany. Pytanie, czy i inne kości czaszki przy okazji nie ucierpiały.
— Niech zgadnę, prywatna krucjata przeciwko wszelkiemu złu? — Oparła się plecami o ścianę, stukając delikatnie laską w podłoże. Wyglądała na… rozbawioną? W tym momencie chłopak nie mógł znaleźć lepszego określenia.
— Nie twój interes — wycharczał. Niedaleko nich przemknął radiowóz, a uliczkę na chwilę rozświetliło niebieskie światło. Mortimer poczuł, jak panika chwyta go za gardło i każe uciekać, gdzie pieprz rośnie. — Nie będę z tobą pracował.
— Pewien jesteś? — ziewnęła.
Chłopak pokuśtykał w stronę wyjścia na ulicę. Vanity wywróciła oczami, po czym wyciągnęła z tylnej kieszeni szortów telefon. Przyłożyła go do ucha.
— Halo, czy dodzwoniłam się na policję? — Uśmiechnęła się szeroko, kiedy chłopak odwrócił się w jej stronę z wymalowanym na twarzy przerażeniem. — Widziałam właśnie, jak podejrzana osoba biegnie w stronę Central Parku. Ma ze sobą wielki, czarny wór. To chyba ten morderca, o którym mówili w telewizji.
— Wal się! — rzucił bezgłośnie Mort, po czym najszybciej jak mógł znikł za zakrętem.
Kobieta roześmiała się cicho. Wsunęła rozładowanego smartfona z powrotem do kieszeni.
— Co za dziecko — mruknęła.
Za pomocą laski narysowała koło na ścianie budynku. Otworzył się przed nią portal, przez który przeszła. Samo przejście również zostało zamknięte. Po tajemniczej kobiecie nie został nawet ślad.
Przez uliczkę przebiegł szarobury kot, który po chwili zanurkował w stercie śmieci.





Nasz ulubiony serwis obchodzi dziś 10-lecie powstania! Z tej okazji przygotowałam dla Was (we współpracy z moją betą Piratem oraz niezastąpionym duetem od wyłapywania dziur w kanonie, Jester Quinn i Silentem) kolejny rozdział opowiadania. Mam nadzieję, że się spodoba i życzę Wam wszystkiego najlepszego oraz kolejnych dziesięciu lat spędzonych z nami na TitansGo.pl!
Credits
© DESIGN BY ARIS CARMEN LIGHT. ALL RIGHTS RESERVED.